Jest zima, temperatura spadła grubo poniżej zera, panuje straszna zamieć. Na szczęście ojciec pewnej rodziny ma solidny, ogromny i zarazem piękny dom. W
domu tym panuje szczęście, można się najeść do syta, odpocząć przy kominku, ale
również jest tam przestrzeń do pracy. Jego pełnoletnie już dzieci, będący
mieszkańcami tego miejsca, są czasami niezadowolone, gdyż muszą stosować się do
pewnych zasad. Potem jednak widzą, że to właśnie dzięki tym regułom, dom ten
jest taki dobry. Ów ojciec nie jest jednak tyranem i nikogo w nim nie więzi.
Mieszkańcy kiedy tylko chcą, mogą z niego wyjść na zewnątrz, na najgorszy mróz.
Niektórzy z nich wychodzą nawet nocą, kiedy jest to najbardziej niebezpieczne.
Dobry ojciec jest również niezwykle mądry i doskonale zdaje sobie sprawę z
ryzyka grożącego tym, którzy wyszli z domu. Jest mu wtedy niezwykle smutno,
wręcz szaleje z rozpaczy, ale nie chcąc być tyranem, nie sprowadza ich z
powrotem na siłę. Co najwyżej woła do nich, błaga i cierpliwie czeka.
Oczywiście wiele razy ostrzegał mieszkańców, jak niebezpieczne jest wyjście
podczas szalejącej śnieżnej burzy, ale to ich przed tym nie powstrzymuje.
Dom ten jest dla mnie symbolem życia w zgodzie z Bogiem. Poprzez
przestrzeganie stworzonych przez niego zasad, możemy cieszyć się Jego
bliskością. Grzesząc, łamiąc zasady, oddalamy się od niego. On jednak nie jest
tyranem i nie każe nam na siłę do siebie wracać. Prosi nas o to, nawołuje i po
prostu cierpliwie czeka.
Mieszkańcy tego cudownego domu, mają jednak wielką słabość do zupełnie
irracjonalnego ( bo czymże innym jest grzech) wychodzenia w najgorszą z
możliwych zamieci. Idą wtedy bardzo długo przed siebie. Nie widzą jednak celu
wędrówki, bo go po prostu nie ma. Po pewnym czasie zdają sobie sprawę, że
lepiej było zostać w domu. Niestety przeszli taki kawał drogi, że dawno już się
zgubili i nie wiedzą jak wrócić. Znowu inni, bardziej świadomi mieszkańcy domu,
znają drogę powrotną, ale widzą, że wiedzie ona pod górę i wygodniej jest
jednak podróżować w zupełnie odwrotnym kierunku. Obie te grupy ( i wiele, wiele
innych) zapuszczają się coraz bardziej w głąb tej złej krainy, w której z
każdym krokiem jest coraz zimniej, coraz bardziej wieje, coraz mniej widać…
W tym momencie wielu z tych zagubionych mieszkańców wyjmuje telefon
komórkowy i dzwoni do ojca. Resztkami sił krzyczy przez słuchawkę- ojcze,
błagam, ratuj.
Na pytanie co robi Bóg w momencie, w którym najgorszy z grzeszników, prosi
go o ratunek, odpowiedź jest bardzo prosta. Zachowuje się on podobnie jak
ojciec naszego domu. W momencie, kiedy tylko usłyszał, że jego dziecko leży
zamarznięte i błaga o ratunek, bez chwili namysłu, pomimo szalejącej zamieci,
wychodzi na dwór je szukać. Tak zapewne postąpiłaby większość rodziców, która
przecież kocha swoje dzieci. A czyż BÓG nie jest najbardziej kochającym Ojcem
we wszechświecie? Tak jak kochający rodzic, niezależnie od tego jak daleko ich
dziecko oddaliłoby się od domu i tak ruszyłby na ratunek- tak BÓG niezależnie
od wszystkiego zawsze wyruszy by pomóc każdemu z nas.
Bóg jednak różni się od większości rodziców w jednej zasadniczej kwestii. W
chwili, w której dziecko byłoby już o krok od śmierci, to prawie każdy rodzic
nie zważając na jego pełnoletniość i prawo wyboru, na siłę by je ratował. Gdyby
się opierało, to związałby je i przyprowadził do bezpiecznego domu.
Bóg Ojciec pomimo swojej potęgi, dzięki której mógłby po stokroć związać
nas i zaprowadzić do miejsca, w którym bylibyśmy bezpieczni, jednak tego nie
robi. Jego Istota jest zaprzeczeniem wszelkiej tyranii, wszelkiego przymusu.
Daje nam On tak niewyobrażalnie ogromną wolność, że kosztem swojego niezwykłego
cierpienia, do niczego nas nie zmusza. Trudno sobie wyobrazić cierpienie ojca,
który patrzy na konające dziecko, w imię tej- dającej pełnię wolności- miłości
nic na siłę nie robi. Banałem jest stwierdzenie, że Bóg jest od nas silniejszy.
Jednakże banałem nie będzie powiedzenie, że przy całej swej mocy, nie używa jej
ani w małej cząstce, by nas jakkolwiek zniewolić.
Wydaje mi się jednak, że choćbyśmy zapędzili się w rejony największego
zimna, to nie tak łatwo trafić do piekła. Możemy zamarznąć już tak, że
odmrożone kończyny zaczną się nam kruszyć. Trudno sobie wyobrazić ból
odrywanego ciała, któremu towarzyszy pełnia przytomności i wrażliwości
wszystkich możliwych nerwów. Zapewne gdybyśmy mówili tutaj o ciele człowieka,
to już dawno byłby on nieprzytomny i nic by nie czuł. Próbuję tu jednak
zobrazować ból duszy, która przecież nie może zemdleć. W obliczu takiego bólu,
dusza zapewne poprosiłaby o pomoc, wykonałaby ten jeden telefon, do czekającego
cierpliwie ojca.
Są zapewne jednostki, które pomimo tego nie zadzwoniłby do ojca. Jednak
pewna część naszego mieszkańca nie może zamarznąć, pozostaje cały czas ciepła.
Jest to boski element mieszkańca- fragment Boga. Każdy z nas ma Go w sobie.
Zostaliśmy stworzeni na Jego Obraz i Podobieństwo, co więcej- przyjmujemy Go podczas
Komunii Świętej, przyjmujemy do siebie Boga, on w tym momencie już w nas jest.
Ta boska cząstka w nas, nie może zamarznąć.
Jednak pełnia wolności polega na tym, że można ją na końcu odrzucić- tak
zapewne uczynił Szatan. Wydaje mi się, że odrzucenie tej cząstki wiąże się z
racjonalnym wyborem, w którym objawia się pełnia podarowanej nam wolności.
Ja się jednak piekła nie boję. Jestem strasznie niesfornym dzieckiem, które
co chwila zapędza się w najgorszą zamieć śnieżną. Trudno zliczyć ile razy już
zamarzałem i w końcu wykonałem do Boga, ten jeden telefon z prośbą o ratunek.
Wiem, że bardzo Go tym krzywdzę, ale jestem pewien tego, że mimo najgorszych
warunków atmosferycznych, On wyjdzie i zacznie mnie szukać. Zrobiłby to mój
rodzony ojciec, a czyż Bóg nie jest od niego nieskończenie lepszy?
Z.dzbanem
Co to za ojciec, który by nie poszedł szukać swoich dzieci tylko przy ciepłym kominku "szalał z rozpaczy" i czekał na telefon, podczas gdy dziecko zapomniało telefonu, albo nigdy go nie miało i nie ma jak wezwać pomocy ?
OdpowiedzUsuńNie wiem.
OdpowiedzUsuń